niedziela, 8 października 2017

Chiny - Pekin - Zakazane Miasto (Gugong) i Góra Węglowa w parku Jingshan.

Chiny były moją najdalszą, jak do tej pory, wyprawą, a w sumie jakoś nie do końca o nich opowiedziałam. Pisałam wprawdzie o tym jak przygotować się do wyjazdu, o Murze Chińskim, o Świątyni Nieba i o Chińczykach (tutaj i tutaj), ale zupełnie zapomniałam opisać najciekawszy dzień mojej podróży: mój samodzielny spacer po Pekinie. Postaram się trochę nadrobić zaległości serwując Wam kilka wspomnień i informacji z tego dnia. Najpierw w formie wpisów o konkretnych miejscach, a potem takiego a'la pamiętnika. 

Zacznę od jednej z największych atrakcji Pekinu - Zakazanego Miasta (Gugong).


Zakazane Miasto (Gugong)


Niestety Zakazane Miasto udało mi się zobaczyć tylko z zewnątrz i z góry. Traf tak chciał, że jedyny dzień jaki miałam wolny na zwiedzanie to był poniedziałek, a akurat w poniedziałki Zakazane Miasto jest zamknięte dla zwiedzających. Nie wiedziałam o tym oczywiście, aż do momentu gdy podeszłam do zamkniętej bramy. Najpierw bardzo żałowałam i wyrzucałam sobie, że nie sprawdziłam wcześniej dni i godzin otwarcia kompleksu. Ale z perspektywy czasu cieszę się, że tak się stało. Na zwiedzanie Zakazanego Miasta trzeba bowiem poświęcić co najmniej kilka godzin, więc znając mnie spędziłabym tam cały dzień. Pewnie zmęczona, po tej atrakcji wróciłabym prosto do hotelu i nie skusiłabym się na dalsze spacerowanie po mieście. Natomiast przez to, że Zakazane Miasto było zamknięte, musiałam szukać czegoś innego wartego zobaczenia. I udało mi się dzięki temu zobaczyć wiele... i przeżyć wiele... I jestem z tego powodu naprawdę szczęśliwa.


Dla formalności napiszę kilka słów o Zakazanym Mieście. Dlaczego ze wszystkich atrakcji Pekinu to je chciałam zobaczyć?

wtorek, 12 września 2017

"Skrobiąc czubek włoskiego buta" Niall Allsop

"Skrobiąc czubek włoskiego buta" to urocza opowieść powstała z ogromnej miłości do Włoch. Jej główni bohaterowie - Niall i Kay - zostawiają dom w Anglii i przeprowadzają się do włoskiej Kalabrii, do miasteczka Santa Severina. W kolejnych rozdziałach książki opowiadają o problemach z przeprowadzką, o szukaniu nowego domu, o poznanych ludziach, którzy z dobroci serca pomagali im odnaleźć się w nowej rzeczywistości... Gwarantuję, że podczas lektury zechcecie zapakować walizkę i tak jak Niall i Kay uciec do cudownych Włoch, by już do końca życia włóczyć się po wąskich uliczkach włoskiego miasteczka, popijać spokojnie popołudniowe espresso, biesiadować co wieczór z włoskimi przyjaciółmi przy dobrym winie, latem zajadać się lodami gelato, a jesienią jeździć do lasu zbierać grzyby porcini. Nic dziwnego, że na Włochy najczęściej mówi się Bel Paese (Piękny Kraj), a o życiu tam Dolce Vita (Piękne Życie) i Dolce Far Niente (Słodkie Próżnowanie). 


Książka "Skrobiąc czubek włoskiego buta" jest przyjemną lekturą na wieczory przy winie. Jeśli kochacie Włochy to razem z bohaterami książki będziecie mogli na chwilę przenieść się w bajkową, włoską rzeczywistość. Dla mnie książka miała dodatkowo silny ładunek emocjonalny, bo czytając o przygodach Kay i Nialla wspominałam swoją przeprowadzkę do Włoch (tak się zainspirowałam, że aż napisałam post o swoich doświadczeniach TUTAJ). W sumie to zaczęłam też żałować, że nie dokumentowałam swoich wrażeń i przeżyć na bieżąco, bo mogłaby z nich powstać podobna tragikomedia książkowa. :) Pozostaje mi jednak najwyżej wyciągnąć wniosek i w razie kolejnej przeprowadzki wszystko już zapisywać. :)

Ze względu na treść opowieści i jej poradnikowy momentami charakter powinnam polecić książkę "Skrobiąc czubek włoskiego buta" każdemu kto przeprowadza się do Włoch. Jest to na pewna książka przydatna w takiej, nazwijmy to, sytuacji życiowej, ale raczej nie niezbędna. Nie wiem z czego to wynika (Może z częstej zmiany przepisów we Włoszech? A może inne przepisy dotyczą Brytyjczyków, a inne Polaków? Nie wnikałam,), ale natknęłam się w tekście na kilka nieścisłości w porównaniu z informacjami jakie ja otrzymałam przeprowadzając się do Włoch. Mam na myśli np. kwestię prawa jazdy. Nie chcę się jednak na takich szczegółach skupiać, a książkę radzę potraktować niekoniecznie jako przewodnik, ale jako naprawdę przyjemnie napisaną zachętę do "rzucenia wszystkiego i wyprowadzki do Włoch". Ja po lekturze wpadłam w sentymentalny nastrój i chętnie bym się spakowała i szybko wróciła do mojej Bella Italia.


Przeczytana książka: "Skubiąc czubek włoskiego buta", Niall Allsop, Wydawnictwo Feeria, 2013

sobota, 2 września 2017

Przeprowadzka do Włoch - co warto wiedzieć? Część 1.

Książka "Skrobiąc czubek włoskiego buta" Niall Allsop zainspirowała mnie do opowiedzenia Wam co nieco o mojej rocznej, włoskiej przygodzie. Wprawdzie o włoskich miastach (m.in. Mediolan, Turyn, Wenecja), miasteczkach (Portofino, Bard, Castellanza) i zabytkach (Krzywa Wieża w Pizie) już pisałam, ale wiele mam jeszcze wspomnień i miejsc czekających na opisanie. Z perspektywy czasu bardzo żałuję, że nie założyłam bloga na początku pobytu we Włoszech. Miałabym piękną pamiątkę z podróży, a Wy pewnie dużo bogatsze kompendium wiedzy o tym pięknym kraju. Ale co się stało, to się nie odstanie. Blog powstał już pod koniec mojego pobytu we Włoszech i niestety nie zdążyłam nadrobić i wszystkiego opisać. Spróbuję trochę sobie przypomnieć (ale jako, że minęło już trochę czasu, czasem coś mogę przekręcić - wybaczcie mi!).


Jak opisują bohaterowie książki "Skrobiąc czubek włoskiego buta" przeprowadzka do Włoch wiąże się z różnymi przygodami. Kay i Niall rzucili całe swoje życie dla włoskiego dolce vita. Sprzedali cały dobytek, zapakowali najważniejsze rzeczy i przenieśli się per sempre, czyli za zawsze! Taka wyprowadzka nastręcza wielu kłopotów - co zrobić z rzeczami, jak przetransportować to co chce się ze sobą zabrać, jak kupić dom, jak przenieść sprawy pracowo-bankowo-rachunkowe itd. Mnie było trochę łatwiej, bo wiedziałam, że do Włoch jadę na rok. Że wrócę... Więc wiele trudnych decyzji mnie ominęło. Ale były sprawy, które załatwić po prostu trzeba i o nich (podobnie jak Niall w książce) Wam napiszę.

piątek, 25 sierpnia 2017

PIERWSZY RAZ SAMOLOTEM – Jak pokonać strach? 10 rad co można zrobić, żeby mniej bać się lotu samolotem cz.2

W pierwszej części wpisu "Pierwszy raz samolotem - Jak pokonać strach?" (Czytaj tutaj!) podawałam rady takie jak: rozmowy z osobami, które już latały samolotem, zapoznanie się z wyglądem lotniska i procedurami na nim obowiązującymi, odpowiednie zapakowanie bagażu, wyposażenie się w "umilacze" podróży, podróż z osobą zaufaną itd.. Były to rady od 1 do 5. Jednak to dopiero kilka z metod, które wykorzystałam przed moją pierwszą podróżą samolotem. Oto dalsza część wpisu:


6. Bez pośpiechu.


Moim zdaniem pośpiech i lęk to dwa diabełki, które nawzajem się „nakręcają”. Wyobraźcie sobie taką sytuację... Wasz pierwszy lot samolotem, lęk zjada Was od rana. Przeciągacie do ostatniej możliwej sekundy wyjazd z domu. Jedziecie na lotnisko, po drodze okazuje się, że czas Waszego przejazdu przedłuży się, bo na drodze był wypadek i obowiązuje ruch wahadłowy. Macie być na lotnisku 2 godziny przed wylotem, ale z Waszych nowych wyliczeń wynika, że będziecie co najmniej godzinę spóźnieni. Daje wam to naprawdę minimum czasu na odprawę. Nie znacie lotniska. Musicie jeszcze zaparkować gdzieś samochód i jakoś się dostać na terminal. Jak się wtedy czujecie? Zadowoleni, że uniknęliście 2 godzin czekania na lotnisku w kolejce do odprawy (podczas której swoją drogą można np. dla relaksu słuchać ulubionej muzyki lub audiobooka)? Czy zalęknieni, wściekli na siebie i bezradni? Ja czułabym się załamana i nie wiem czy w połączeniu mojego lęku przed lataniem i stresu związanego z tym czy w ogóle zdążę w pewnym momencie nie zakręciłabym i nie pojechała po prostu do domu. Pośpiech i jechanie na lotnisko na ostatnią chwilę nie pomagają w stresie. Nie ukrócają go (przecież i tak stresujecie się w domu to pół godziny dłużej), a mogą go wręcz zwielokrotnić!

wtorek, 22 sierpnia 2017

PIERWSZY RAZ SAMOLOTEM – Jak pokonać strach? 10 rad co można zrobić, żeby mniej bać się lotu samolotem cz.1.

Zawsze bałam się latać samolotem. Aż do 24 roku życia na wakacje jeździłam tylko samochodem lub autokarem. Za nic nie wyobrażałam sobie wsiąść do samolotu. Aż przyszła ta decyzja... wsiadam i lecę na wymarzony wyjazd, albo rezygnuję z wyjazdu. W końcu każdy z nas staje przed taką decyzją, bo przecież do większości miejsc na świecie trudno (albo wręcz niemożliwe jest) dojechać drogą lądową.

Dla mnie pierwszym krokiem do przełamania lęku przed lataniem było podjęcie decyzji o wylocie na wakacje i uświadomienie sobie, że w celu realizacji mojego marzenia muszę odłożyć lęk na drugi plan. Decyzję podjęłam szybko. Potem dopiero zaczęły się kolejne schody.

Decyzja podjęta, wyjazd zarezerwowany, ale lęk i niepokój pozostały. Mimo ogromnej chęci na wyjazd, silnej motywacji i wiedzy o tym, że zrealizuje się moje marzenie w tyle głowy zostały lękliwe myśli: „A co będzie jeśli...?”, „A jakie to jest uczucie...?”. Biłam się z nimi dość mocno póki nie wykonałam kilku kroków dla mojej psychiki:


1. Zaczęłam rozmawiać z przyjaciółmi, którzy już lecieli samolotem i prosić ich o rady jak poradzić sobie z pierwszą podróżą.

Rozmowy mocno mi pomogły. Upewniły, że z wielu osób z którymi rozmawiałam prawie nikt nie przeżył trudnych lotów z turbulencjami, nieprzyjemności fizycznych jak wymioty podczas startu czy lądowania. Wszyscy opowiadali o śmiesznych sytuacjach na pokładzie, nikt nie miał traumatycznych przeżyć po których stwierdziłby, że nigdy już nie wsiądzie do samolotu. Przez to, że powiedziałam znajomym o moich lękach, nie straszyli mnie, a upewniali, że wszystko będzie dobrze. Poza tym ludzie, którzy dużo latają i mają w tych sprawach doświadczenie mają swoje sposoby na radzenie sobie np. z zatykaniem się uszu podczas zmian ciśnienia, trudnościami z zasypianiem podczas lotu, z tym jak „wysiedzieć długą podróż” itd..Warto ich było o nie zapytać, bo w ten sposób oszczędziłam sobie wielu nieprzyjemności.

2. Zaczęłam robić rozeznanie w internecie – na stronach lotnisk – dotyczące zasad bezpieczeństwa podczas lotu, rzeczy które można, a których nie można przewozić w danym bagażu, a nawet rozkładu i wyglądu lotnisk. 

 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

"Obłoki Fergany" Przemysław Chwała

Kirgizja i Uzbekistan. Miejsca odległe, nie tylko na mapie, ale i ze względu na małą ich rozpoznawalność. Jak pisze Autor książki "Obłoki Fergany"- Przemysław Chwała - gdy opowiadał znajomym o planowanej przez siebie podróży, spotykał się z wieloma pytaniami o położenie, kulturę, a nawet poprawną nazwę tych terenów. Dla mnie to też miejsca tajemnicze! Chociaż wiem, gdzie leżą na mapie, znam ich stolice i podstawowe informacje geograficzne, to gdybym miała zamknąć oczy i opowiedzieć o tym co widzę myśląc o Kirgistanie powiedziałabym, że bezkresy traw i plemiona koczownicze. I tyle. Z tym większą przyjemnością zabrałam się za lekturę książki "Obłoki Fergany". Żeby w końcu poznać ten mało znany mi zakątek świata.

Źródło: www.muza.com.pl
Pamiętam jak kilka lat temu moja koleżanka jechała na wolontariat do Kirgistanu. Wiem, że uczyła się rosyjskiego, żeby móc się na miejscu w miarę sprawnie porozumiewać. Pamiętam, że opowiadała po powrocie o jurtach, o koczowniczym stylu życia, o pięknych górskich krajobrazach. Była zafascynowana ludźmi i wprost zachłysnęła się tą przygodą. Słuchałam jej opowieści z zafascynowaniem, tym bardziej, że były to te czasy w moim życiu, gdy jeszcze nikt z moich znajomych nie był dalej niż w Paryżu. Ten Kirgistan rozbudził, więc i moją wyobraźnię. 

Rozbudził też wyobraźnię Autora książki "Obłoki Fergany" Przemysława Chwały, który wybrał się tam w podróż po bezkresach stepów, górach i miastach do których z dziewiczych terenów zszedł naród kirgijski. Książka daje wspaniałą możliwość przyjrzenia się Kirgizji z wielu perspektyw. Opowiada o historii tego miejsca, o krajobrazach i obecnej sytuacji politycznej, a wszystko ustami osób najlepiej znających temat - mieszkańców. Wielu podróżników powtarza, że największą wartością podczas odbytej podróży są spotkani ludzie. I w przypadku książki "Obłoki Fergany" to stwierdzenie się sprawdza. Historie ludzkie opisane w książce są prawdziwe, poruszające, czasami wręcz wzruszające. Dają możliwość refleksji również nad naszym życiem. 

Poza tym reportaż Przemysława Chwały wypełniony jest informacjami geograficznymi, historycznymi i ciekawostkami kulturowo-politycznymi, przez co pozwala spojrzeć na Kirgizję jako na całość, a nie tylko poznać historie wybranych jej mieszkańców. 

Książka jest moim zdaniem dość specyficzna. Nie każdemu się spodoba. Jeśli szukacie lekkiej opowiastki z podróży to sięgnijcie po inną lekturę. Nie jest to bowiem opis podróży w stylu glamour. Jeśli natomiast interesuje Was sytuacja "Wschodu", ciekawią Was zagadnienia związane z kulturą rosyjską (Autor do docelowej destynacji podróżuje m.in. koleją transsyberyjską), czy planujecie podróż w opisywane w książce regiony Azji Centralnej - będziecie z lektury zadowoleni. Ja muszę się przyznać, że książkę czytałam "na pół". Najpierw bardzo mnie zainteresowała, potem potrzebowałam od niej małej przerwy i teraz z wielką radością ją dokończyłam. Ogólnie jednak - polecam! Szczególnie jeśli, tak jak wspomniałam, kogoś interesuje ten akurat region świata, Chylę czoła Autorowi za wybranie na podróż takiego kierunku i popularyzowanie wiedzy o nim. Uważam, że ciągle za mało wiemy o Azji Centralnej, tym bardziej więc cieszę się na każdą możliwość zmiany mojego światopoglądu i poznania historii ludzi z tego "tajemniczego" zakątku świata.

Przeczytana książka: "Obłoki Fergany", Przemysław Chwała, Wydawnictwo MUZA, 2017

sobota, 12 sierpnia 2017

Bezpieczne wakacje - Bezpieczeństwo we Włoszech.

„Czy wyjazd do Włoch jest bezpieczny?” „Jak wygląda sprawa uchodźców?” „Czy istnieje zagrożenie katastrofami naturalnymi lub atakami terrorystycznymi?” W obecnych czasach takie pytania towarzyszą wszystkim planującym zagraniczny wyjazd wakacyjny. Jest to zrozumiałe. Sama organizując swoje podróże i wybierając destynacje sprawdzam je pod kątem bezpieczeństwa pobytu. Dlatego dzisiaj postaram się odpowiedzieć na często zadawane przez Was w wiadomościach prywatnych pytanie „Czy Włochy są bezpieczne?”. W miarę możliwości starając się ustosunkować do wszystkich wyżej wymienionych kwestii.

Zacznę jednak od sprawy najważniejszej! Post, który zaraz przeczytacie jest opisem bardzo subiektywnym, bazującym przede wszystkim na moich doświadczeniach zdobytych podczas roku życia we Włoszech. Uczucia i wydarzenia w nim opisane mają zarysować Wam ogólną sytuację bezpieczeństwa w Italii, ale proszę nie generalizujcie ich i nie uznawajcie moich słów za żadną wyrocznię. Daleka jestem od radzenia „jedź” lub „nie podróżuj”. Każdy musi na podstawie zebranych przez siebie informacji podjąć świadomą decyzję. Do tego Was zachęcam. Przeczytajcie co mam Wam do powiedzenia, zajrzyjcie do źródeł które podaję, może jeszcze do jakiś innych stron, a potem świadomie, samodzielnie zdecydujcie. Nie dlatego, że ktoś Wam doradził, ale dlatego, że chcecie gdzieś jechać, że czujecie się z tą decyzją dobrze i bezpiecznie.

Tyle słowem wstępu. Czas na informacje zasadnicze...

Bezpieczeństwo we Włoszech – stanowisko Ministerstwa Spraw Zagranicznych (na dzień 12.08.2017).

Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie wystosowało, żadnego ostrzeżenia dla podróżujących, co oznacza, że nie odradza podróży do Włoch jak ma to miejsce w przypadku krajów wyjątkowo zagrożonych wojnami, atakami terrorystycznymi czy aktami terroru specyficznie w stosunku do turystów. Na stronie "polakzagranicą.msz.gov.pl" uprzedza, że we Włoszech utrzymuje się wysoki poziom zagrożenia atakiem terrorystycznym, ale wprowadzone są nadzwyczajne środki bezpieczeństwa mające na celu im zapobieganiu.

Podróż samochodem do Włoch – uwaga na oszustów.

Ponieważ publikowałam posty o podróży samochodowej do Włoch – przez Austrię i Czechy i przez Szwajcarię i Niemcy, to również w tym poście nawiążę do pewnego wydarzenia w podroży. Ku przestrodze! Podczas jednej z tras do Włoch spotkała nas taka sytuacja... Jechaliśmy autostradą przez Czechy. Wyprzedziliśmy pewne drogo wyglądające auto, które po naszym manewrze zaczęło puszczać do nas światła. Zdziwieni i przestraszeni, że może coś nie tak jest z naszym samochodem zjechaliśmy na pobocze i włączyliśmy światła awaryjne, żeby to sprawdzić. Auto stanęło za nami. Do naszego auta podszedł mężczyzna w średnim wieku, o ciemnej karnacji, ubrany w garnitur, obwieszony złotem. Zaczął pytać w jakim języku mówimy. Gdy wyłapał, że jesteśmy z Polski zaczął po Polsku opowiadać nam swoją historię (nie przytoczę dokładnie)... że brakuje mu paliwa, a nie ma przy sobie żadnej gotówki. Że jedzie do żony i dzieci, że musi się do nich dostać. Że prosi o pożyczenie mu dowolnej sumy gotówki żeby chociaż trochę dotankował. Da w zamian na swojego iPhone, swoje złoto... cokolwiek chcemy... Wręcz rzucał w nas tymi rzeczami z desperacji. Napisane od razu wydaje się podejrzane prawda? Ale uwierzcie mi mówił tak przekonująco, że przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie pomóc. Ale nie mieliśmy nawet ze sobą dużej ilości gotówki, więc poradziliśmy, aby zadzwonił po holowanie, przeprosiliśmy go i odjechaliśmy. Co się okazało? To znana sztuczka autostradowych oszustów. Wiele takich sytuacji opisanych jest w gazetach (np. tutaj) na forach kierowców np. tutaj. Uważajcie i nie dajcie się nabrać! 

Samodzielne podróżowanie po Włoszech – czy jest bezpiecznie?


piątek, 4 sierpnia 2017

„Zakochani w świecie. Malezja” Joanna Grzymkowska - Podolak

Ostatnie dwa dni spędziłam szczęśliwie – na plaży z książką. Szum fal, piasek między stopami, morska bryza i wspaniała lektura. Czy czegoś więcej potrzeba do pełni relaksu i rozluźnienia? Mnie nie! Tym bardziej, jeśli książka jest nie byle jaka, bo napisaną przez wspaniałych ludzi, pełnych pasji i miłości do podróżowania. Mówię o zakochanych w świecie Asi i Jarku i o najnowszej książce Asi tym razem z podróży do Malezji - „Zakochani w świecie. Malezja” Joanny Grzymkowskiej-Podolak.


Ci z Was którzy śledzą bloga od dłuższego czasu na pewno kojarzą już moje wcześniejsze zachwyty książkami Asi - „Zakochani w świecie. Maroko” i „Zakochani w świecie. Indie”. Tym razem też nie będzie inaczej. Nie zawiodę Was ja – bo znowu będę słodzić i zachwalać. Nie zawiedzie Was książka, bo czyta się ją niemal jednym tchem, z ciekawością, podziwem dla podróżników i radością poznawania świata.


Moje przemyślenia o książce „Zakochani w świecie. Malezja” Joanny Grzymkowskiej-Podolak zacznę tym razem od końca, nawiązując do zamykającego ją cytatu, który mocno poruszył moją wyobraźnię.



„Życie daje każdemu tyle, ile sam ma odwagę sobie wziąć.”


Piękne słowa, zarówno w kontekście podróży, jak i życia w ogóle. Warto mieć odwagę, żeby spełniać marzenia o podróżowaniu! Ciągle to powtarzam, że wcale nie trzeba być globtroterem, nie trzeba wydawać majątku. Sposobów na podróżowanie jest wiele i każdy jest dobry. Każdy z nich prowadzi nas do poznania piękna świata.

Joanna Grzymkowska-Podolak w najnowszej książce tym razem zabiera nas do pięknej Malezji. W sumie to mało nam o niej wiadomo. My Polacy, generalizując, jeśli chodzi o Azję Południowo-Wschodnią częściej podróżujemy do Tajlandii, Wietnamu czy Indonezji. Czasami loty w dalekie krańce świata jak Australia tranzytem prowadzą nas do Singapuru czy Kuala Lumpur. Mało kto natomiast świadomie, na dłużej się tam wybiera. Po lekturze książki „Zakochani w świecie. Malezja” nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego! W Malezji jest tyle niesamowitych krajobrazów i wyjątkowych rzeczy do zobaczenia... Joanna opowiada między innymi o (jeszcze do niedawna najwyższym budynku na świecie) bliźniaczych wieżach Petronas Towers w Kuala Lumpur, pięknych plażach, dżungli na fragmentem należącej do Malezji wyspie Borneo, największym kwiecie na świecie - Raflezji, występujących tylko tu małpach - Nosaczach Sundajskich, spacerach po canopy walk – podwieszanych na linach szlakach prowadzących przez dżunglę, o domach łowców głów i o duchach dżungli. A to tylko niektóre z atrakcji przez które można się w Malezji zakochać. Jest jeszcze pyszne jedzenie, są wspaniali otwarci ludzie, są dziewicze plaże i na przykład możliwość spotkania z szamanem... I to dalej nie wszystko. Ale wszystkiego nie chcę Wam zdradzać, żeby nie ukraść Wam radości z czytania książki.